Wpisy archiwalne w kategorii
Z sakwami
| Dystans całkowity: | 23775.79 km (w terenie 396.00 km; 1.67%) |
| Czas w ruchu: | 1374:05 |
| Średnia prędkość: | 17.30 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 69.84 km/h |
| Suma podjazdów: | 170105 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 180 (90 %) |
| Maks. tętno średnie: | 140 (70 %) |
| Suma kalorii: | 478617 kcal |
| Liczba aktywności: | 225 |
| Średnio na aktywność: | 105.67 km i 6h 06m |
| Więcej statystyk | |
Dystans110.86 km Czas05:32 Vśrednia20.03 km/h VMAX50.00 km/h Podjazdy1021 m
Temp.28.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rumunia dzień 5.
Rano wszystko było mokre i za ciepło też nie było. Spałem " z górki", więc w nocy co chwilę nurkowałem w śpiworze :D Ogarniamy się i jedziemy- kontynuujemy podjazd, który zaczęliśmy wczoraj, ale dzisiaj pokonamy ponad 80 km, a w sumie prawie 150 km :D Dziurawa droga trochę denerwuje, ale dzięki niej mam pamiątkę w postaci zgubionej tablicy rejestracyjnej. Po ok. 20 km docieramy do miasta Vatra Dornei- robimy grubsze zakupy i jedziemy dalej. Przez kawałek, pierwszy raz jedziemy drogą bez dziur i z poboczem nawet :D Kawka na stacji wywala oczy na wierzch i jedzie się dużo lepiej. Lekko pofałdowaną drogą jedziemy, aż do zjazdu za miejscowością Iacobeni. Do tej pory Seba gubił różne rzeczy, tym razem zaszalał. Prawie zgubił wszystko co miał, razem z bagażnikiem :D Jakoś ratujemy sytuację zipami i ruszamy dalej, drogą, która jest coraz gorsza. Z każdym kilometrem podjazd daje w kość coraz bardziej, a pogoda się psuje. Nadciągają ciemne chmury i pojawiają się pierwsze krople deszczu, ale słońce nie daje za wygraną. Na serpentynach poznajemy ciężar naszych bagaży, ale ciągniemy mocno do przodu, bo zaczyna padać. Już za chwileczkę, już za momencik i jest, najwyższy punkt wyjazdu- Przełęcz Prislop- 1416 m, mój nowy rekord wysokości, zdobyty na rowerze. Gdy tylko docieramy na szczyt, rozkręca się burza i atakuje gradem. Mamy czas na odpoczynek. Gdy pogoda się uspokaja, robimy foty i ruszamy w dół, pięknymi, dziurawymi serpentynami. Jest mokro i z początku zimne powietrze robi się duszne. Spotykamy terenówki z Gdańska i pędzimy dalej, zostawiając burzę za nami. Docieramy do miasta Borsa, gdzie kierujemy się za znakami prowadzącymi na camping. Boczna droga, to po prostu szutrówka, a camping, to ogródek za domem. Polacy już tam byli, a następni pojawiali się co chwilę. Burzowe chmury znikają, robi się fajniutko, można wszystko wysuszyć. Na początek właściciel rzucił zaporową cenę, ale utargowaliśmy trochę. Wieczorem integrujemy się do późna. Po dzisiejszym dniu rowery w końcu się wybrudziły, a zacisk hamulca, czarny od klocków, wskazywał na ciężkie zjazdy.
















Wilgotny poranek.© miciu222145

Znalezisko.© miciu222145

Droga nie rozpieszcza.© miciu222145

W mieście.© miciu222145

Szok- równa droga.© miciu222145

Gapowicz.© miciu222145

Seba znowu coś chciał zgubić :D© miciu222145

Koszulka wylądowała w rowie.© miciu222145

Robi się ciekawie.© miciu222145

Widoki na podjeździe.© miciu222145

Przeł. Prislop.© miciu222145

Wszyscy dotarli.© miciu222145

Zacne widoki.© miciu222145

Monastyr na szczycie.© miciu222145

Miasto jest fajnie połozone- powrót z zakupami.© miciu222145

Suszenie namiotów.© miciu222145
Dystans102.95 km Czas05:30 Vśrednia18.72 km/h VMAX51.00 km/h Podjazdy1110 m
Temp.30.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rumunia dzień 4.
Budzimy się rano mocno nie wyspani. Seba tak chrapał, że chyba tylko jemu to nie przeszkadzało. Lekkie śniadanko i rozpoczynamy kolejny dzień kręcenia. Początek, to ciągła jazda wzdłuż jeziora, co pod koniec było już trochę nudne- jechaliśmy tak przez 35 km. Jest trochę podjazdów, ale bez jakiejś masakry: Potoci-Ruginesti-Buhalnita-Hangu-Poiana Largului. W tej miejscowości znajduke mega wywalony w kosmos wiadukt, na którym łączą się cztery ważne drogi. Tuż obok niego znajduje się "Diabelski kamień"- Piatra Dracului. Noramlnie wystaje ponad lustro wody, jednak stan wody był tak niski, że gdzieś w oddali płynęła jedynie rzeka. Tak to powinno wyglądać. Zjechaliśmy pod wiadukt i tam zrobiliśmy sobie piknik z zakupionym wcześniej żarciem. Czas płynie nieubłaganie, więc trzeba się zbierać- zaczynamy podjazd, którego część przejedziemy dzisiaj, dokładnie 65 kilometrowy odcinek :D Topoliceni-Ruseni-Galu-Savinesti-Frumosu-Farcasa-Borca-Madei, pogoda tak nas rozleniwia, kilometry przybywają opornie, że kupujemy browary, żarcie i rozkładamy się nad rzeką i przez 2 h oddajemy się błogiemu lenistwu-Lunca-Pietroasa-Brosteni- jemy obiad i spotykamy Polaków z Krakowa, Satu Mare-Cojoci-Chiril. Ładnych kilkadziesiąt kilometrów szukaliśmy miejsca na nocleg, jednak każdy kawałek płaskiego terenu był odgrodzony, albo znajdował się w centrum wioski. Droga, to była inna historia- dziury, betonowa nawierzchnia i resztki wiekowego asfaltu- auta gubiły tam rejestracje :D Postanowiliśmy rozbić się tuż poniżej drogi nad rzeką Bistrita. Kilka metrów od namiotu mieliśmy czyściutki strumyk.
















Jezioro.© miciu222145

Z widokiem na jezioro.© miciu222145

Lecim pod górkę.© miciu222145

Jazda idzie opornie- robimy piknik.© miciu222145

Izotoniki.© miciu222145

Może by zadzwonić ?© miciu222145

Fajowski wiadukt.© miciu222145

Miciu i wiadukt, a moze wiadukt i Miciu ?© miciu222145

Ta mróweczka, to ja.© miciu222145

Diabelski kamień- powinien być w wodzie do połowy.© miciu222145

Rozwidlenie.© miciu222145

Lecimy dalej.© miciu222145

Odwiedziny w monastyrze.© miciu222145

Wreszcie coś konkretnego.© miciu222145

Kolejna miejscówka.© miciu222145

Lodówka.© miciu222145
Dystans116.40 km Czas06:18 Vśrednia18.48 km/h VMAX46.00 km/h Podjazdy1524 m
Temp.30.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rumunia dzień 3.
To była chyba najchłodniejsza noc, do tego mnóstwo wilgoci i ślimaki oraz mrówki, które oblazły rowery. Słonko znowu ładnie grzeje, a Seba zamienia sakwy i po 400 m musi wszystko mocować od nowa :D Wczoraj rozpoczęliśmy podjeżdżać, więc dzisiaj mieliśmy ciekawy początek- 19 km pod górę. Podjazd prowadzi nas prosto na przeł. Bucin na wysokości 1287 metrów. Tam odpoczywamy przed dalszą drogą. Dalszy zjazd zalesionymi serpentynami jest mocno chłodny, ale jakoś to przeżyliśmy i docieramy do płaskiej i trochę nudnej drogi. Przez Borzont i Joseni docieramy do miasta Gheorgheni. Tam nieco błądzimy przez marne oznakowanie, a szukaliśmy Kauflanda oczywiście :D
Znowu poważniejszy posiłek i przerwa- upał staje się nie do zniesienia. Czeka nas kolejny podjazd na prawie identyczną wysokość jak poprzednio. Tym razem na zjeździe czeka nas największa atrakcja dnia dzisiejszego- wąwóz Bicaz. Robi niesamowite wrażenie, które psują nieco tłumy i wszechobecne kramy. Tam okazuje się, że tarcza 160 mm i spiekane klocki to za mało, żeby zatrzymać 100 kg pędzące w dół. W ten magiczny sposób palę przednie klocki i zaczynają wyć przy hamowaniu. Dalej jest jeszcze stromiej, do tego dochodzą serpentyny, coś pięknego :)
Docieramy kolejno do Bicaz Chei i Bicazu Ardelean. Dalej jest Lunca i miejscowość Bicaz. Pora na zakupy i szukanie noclegu. Szału nie ma, nawet pewien camping oferuje niesamowite warunki do rozbicia namiotu- spadek prosto do jeziora. Tuż obok na szczęście są domki i po krótkiej walce na języki dostajemy 3 osobowy pokój w domku. Całość mieści się na d jeziorem Bicaz (Izvorul Muntelui). Jak zwykle pichcimy, ogarniamy się i idziemy spać- tym razem Seba był "gwiazdą" tej nocy :D
Kawałek zjazdu wąwozem Bicaz














Znowu poważniejszy posiłek i przerwa- upał staje się nie do zniesienia. Czeka nas kolejny podjazd na prawie identyczną wysokość jak poprzednio. Tym razem na zjeździe czeka nas największa atrakcja dnia dzisiejszego- wąwóz Bicaz. Robi niesamowite wrażenie, które psują nieco tłumy i wszechobecne kramy. Tam okazuje się, że tarcza 160 mm i spiekane klocki to za mało, żeby zatrzymać 100 kg pędzące w dół. W ten magiczny sposób palę przednie klocki i zaczynają wyć przy hamowaniu. Dalej jest jeszcze stromiej, do tego dochodzą serpentyny, coś pięknego :)
Docieramy kolejno do Bicaz Chei i Bicazu Ardelean. Dalej jest Lunca i miejscowość Bicaz. Pora na zakupy i szukanie noclegu. Szału nie ma, nawet pewien camping oferuje niesamowite warunki do rozbicia namiotu- spadek prosto do jeziora. Tuż obok na szczęście są domki i po krótkiej walce na języki dostajemy 3 osobowy pokój w domku. Całość mieści się na d jeziorem Bicaz (Izvorul Muntelui). Jak zwykle pichcimy, ogarniamy się i idziemy spać- tym razem Seba był "gwiazdą" tej nocy :D
Kawałek zjazdu wąwozem Bicaz

Wszędobylskie ślimaki.© miciu222145

Chciał zechlać Sida.© miciu222145

Profesjonalne podpórki.© miciu222145

Z dołu przyjechaliśmy, a końca podjazdu nie widać.© miciu222145

Po polskiemu proszę.© miciu222145

Widoczki zacne.© miciu222145

Trzech śmiałków z Rzeszowa.© miciu222145

Czas na obiad.© miciu222145

Na Sebę można liczyć :D© miciu222145

Atrakcja dnia- wąwóz Bicaz.© miciu222145

Jest cudnie.© miciu222145

Strome serpentynki.© miciu222145

Rumuński klasyk na postoju.© miciu222145

Tama na jeziorze Bicaz.© miciu222145

Nocleg znaleziony.© miciu222145
Dystans107.19 km Czas05:25 Vśrednia19.79 km/h VMAX55.00 km/h Podjazdy934 m
Temp.30.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rumunia dzień 2.
W nocy raczej się nie wyspaliśmy. Zaraz na początku tuż przy naszym namiocie pojawiła się jakaś bestia (zwierzozwierz), groźnie powarczała tuż za naszymi głowami, ale w końcu sobie poszła. Jednak byliśmy tak wydygani, że raczej czuwaliśmy niż spali. Później też było wesoło, bo jakiś duży konar spadł tuż obok nas, do tego co chwilę coś łaziło koło namiotów- w lesie mogliśmy się tego spodziewać. Poranek był rześki, a że czekał nas od razu zjazd, to trzeba było się lepiej ubrać. W miejscowości Teaca robimy postój na śniadanie. Słonko ładnie przygrzewa, a lokalni mieszkańcy próbują do nas zagadywać, co przynosi różne skutki- ogólnie ludzie spokojni. Po śniadanku ruszamy dalej i od razu atakujemy podjazd serpentynami. Tuż przed zjazdem pijemy kawę i przez miejscowości Lunca i Santo docieramy do większego miasta- Reghin. Dopadamy Kauflanda i robimy zakupy, jednocześnie jemy też obfitszy posiłek, zapijając wszystko złocistym napojem. Tutaj również jesteśmy atrakcją i co chwilę ktoś nas zagaduje- upał doskwiera co raz bardziej. W opuszczeniu miasta pomaga nam mój mały satelitarny pomocnik. Czeka nas kolejny podjazd, również urozmaicony w serpentyny: Beica de Jos-Nadasa-Chiheru de Jos-Chiheru de Sus. Na zjeździe przy prędkości ok. 50 km/h przybijam "piątkę" jakiemuś dzieciakowi- rękę myślałem, że mi urwie :D Eremitu-Sacadat i Sovata. Robimy zakupy i musimy szukać miejscówki na nocleg. Tuż za miejscowością Praid znajdujemy zjazd nad rzekę i tam postanawiamy spędzić kolejną noc, tym razem w towarzystwie mrówek. Dużym plusem była czyściutka rzeka płynąca tuż obok- można się umyć i schłodzić browary :D












Senny poranek.© miciu222145

Śniadanko.© miciu222145

A któż to tak pędzi ?© miciu222145

Kawka stawia na nogi.© miciu222145

Takich zaprzęgów mijaliśmy setki.© miciu222145

Przerwa :D© miciu222145

Rumuńskie krajobrazy.© miciu222145

Charakterystyczne bramy.© miciu222145

Krowy biegały sobie luzem.© miciu222145

Całkiem niezła miejscówka.© miciu222145

Kąpiel w lodowatej rzece.© miciu222145

Coś się jarać nie chciało.© miciu222145
Dystans12.56 km Czas00:40 Vśrednia18.84 km/h VMAX40.00 km/h Podjazdy148 m
Temp.28.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Z Miciem przez świat, czyli Rumunia dzień 1.
Nadszedł dzień, kiedy nasze rowerowe plany na długi weekend doczekały się realizacji. Razem z Włochatym i Sebolem udaliśmy się do Rumunii. Podczas ponad 11 godzinnej podróży poznaliśmy kilka krajów, m.in. Słowację, Węgry i Rumunię oczywiście. Nie obeszło się bez nerwów, gdy zauważyłem brak moich kluczy do mieszkania- okazało się, że zostawiłem je w drzwiach od domofonu. Klucze znalazł sąsiad i wszystko dobrze się skończyło.Pod wieczór dotarliśmy do miasta Bistrita i pod Kauflandem założyliśmy bazę. Trzeba było poszukać miejscówki na spanie, a że zaczęło się ściemniać, to kilometrów przejechaliśmy niewiele, ale za to pod górkę: Bistrita-Visoara-Saratel. Na wzgórzu, na skraju lasu rozbiliśmy namioty- o nocnych przygodach napiszę w kolejnym odcinku :D







Pakowanie w toku.© miciu222145

Balony koło Dukli.© miciu222145

Góra Tokaj, czyli w krainie wina.© miciu222145

Rumunia wita.© miciu222145

Uff, już nie daleko.© miciu222145

Obładowane rumaki.© miciu222145

Obok miejscówki na spanie.© miciu222145
Dystans88.87 km Czas04:37 Vśrednia19.25 km/h VMAX63.00 km/h Podjazdy1087 m
Temp.30.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Czas powrotu.
Czas wyruszyć w drogę powrotną do Bochni. Upał dawał w kość, każdy podjazd męczył podwójnie, ale jakoś dotoczyłem się na pociąg. Trasę zaledwie lekko zmodyfikowałem, skracając ją o jakieś 9 km. Poszczególne miejscowości: Krościenko n/Dunajcem-Tylmanowa-Zabrzeż- Kamienica-Zbludza-Zalesie-Słopnice-Zamieście-Tymbark-Podłopień-Kisielówka-Nowe-Rybie-Kamionna-Ujazd-Trzciana-Leszczyna-Królówka-Zawada-Pogwizdów-Bochnia.
Everytrail

Everytrail

Ostatnie spojrzenie gdzieś na trasie.© miciu222145

Tymbark pod zakładem produkcyjnym w Tymbarku :D© miciu222145
Dystans114.17 km Teren1.00 km Czas05:58 Vśrednia19.13 km/h VMAX61.00 km/h Podjazdy1775 m
Temp.30.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Bochnia- Krościenko n/Dunajcem, czyli podjazd za podjazdem.
Dzień zapowiadał się bardzo słoneczny i jak się później okazało, taki właśnie był. Już o poranku miałem niemiłą niespodziankę- brak powietrza w tylnym kole. Wstałem na tyle wcześnie, że nie był to jakiś spory problem. Trasa na dworzec PKP i już przed 7 pędziłem pociągiem w stronę Bochni. Pociąg miał mieć w swoim składzie wagon do przewozu rowerów, jednak rzeczywistość okazała się inna. Ok. 8:40 byłem już w Bochni. Dzięki nawigacji, sprawnie wydostałem się z miasta. Już na początku zaczęły się podjazdy i co ciekawe, jedynie z okolic Bochni widziałem Tatry. Później nie miałem już takiej możliwości. Na swojej trasie mijałem dziesiątki szklarni, w których czerwieniły się dorodne pomidory. Odwiedziłem również zakład produkcyjny w Tymbarku- chyba każdy wie, co tam się produkuje :) Wykres wysokości pokazywał, że nieuchronnie zbliżam się od największego podjazdu na trasie- była to wspinaczka na niespełna 800 m n.p.m. Wylałem litry potu, ale wiele kilometrów zjazdu w pełni to wynagrodziły. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów i dojechałem do Krościenka n/Dunajcem. Rozpakowałem się, zrobiłem zakupy, zjadłem coś i postanowiłem przejechać się jeszcze kawałek. Pojechałem wzdłuż Dunajca do Szczawnicy i do naszych południowych sąsiadów.Zawróciłem i pojechałem do centrum Szczawnicy- jeden wielki remont drogowy. Pod wieczór wróciłem na nocleg, by zaplanować kolejny dzień i zregenerować siły.
Trasa: Bochnia-Pogwizdów-Zawada-Królówka-Trzciana-Ujazd-Kamionna-Nowe Rybie-Kisielówka-Tymbark-Zamieście-Zalesie-Zbludza-Kamienica-Zabrzeż-Tylmanowa-Krościenko n/Dunajcem.
Everytrail
Everytrail






Trasa: Bochnia-Pogwizdów-Zawada-Królówka-Trzciana-Ujazd-Kamionna-Nowe Rybie-Kisielówka-Tymbark-Zamieście-Zalesie-Zbludza-Kamienica-Zabrzeż-Tylmanowa-Krościenko n/Dunajcem.
Everytrail
Everytrail

Widok z pociągu- droga ucieka.© miciu222145

Tuż za Bochnią- widać już góry :)© miciu222145

Most widmo tuż za Kamionną.© miciu222145

Widoki coraz ciekawsze.© miciu222145

Cel dzisiejszej jazdy.© miciu222145

Radzio nad Dunajcem w Szczawnicy.© miciu222145

Tuż za granicą polsko- słowacką.© miciu222145
Dystans63.88 km Czas03:55 Vśrednia16.31 km/h
Temp.24.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rzeszów-Gdańsk- dzień 6.
KLIK
Koniec naszej wyprawy był bliski- pozostało jakieś 35 km do Gdańska. Poranne pakowanie i gdy już mieliśmy wyjeżdżać, zawołał nas właściciel, by coś nam pokazać. Był, to rower Jego synka, który zginął jadąc na nim. Najechał na niego samochód. Widok zmiażdżonego roweru zapamiętam na długo, tylko nie wiem, czy był to dobry pomysł, żeby nam ten rower pokazywać. Odechciało nam się jazdy, ale wyboru nie było. Przez Trąbki Wielkie i Straszyn dotarliśmy do Gdańska- ruch był spory. Troszkę pobłądziliśmy w samym mieście, ale udało się dotrzeć nad morze. Nowe ścieżki są świetne- szerokie, równe i mają niskie krawężniki, całkowite przeciwieństwo tych rzeszowskich. Na molo i plaży sesja fotograficzna i ruszyliśmy do centrum miasta. Foty tu, foty tam i po posiłku ruszyliśmy na dworzec. Czekało nas prawie 9 h w pociągi IC do Krakowa- tam mieliśmy nocować u Krzaka, naszego pomocnika noclegowego. I to koniec długiej i czasami ciężkiej podróży przez Polskę. Teraz tylko trochę przy rowerach trzeba popracować, a Włochaty musi wyleczyć kontuzję. Mimo, że pogoda nas poniewierała, to nie daliśmy się i dążyliśmy do celu. Było warto- kto wie, gdzie wylądujemy w przyszłym roku.


fot. Włochaty.
fot. Włochaty




fot. Włochaty


fot.Włochaty
KLIK
Koniec naszej wyprawy był bliski- pozostało jakieś 35 km do Gdańska. Poranne pakowanie i gdy już mieliśmy wyjeżdżać, zawołał nas właściciel, by coś nam pokazać. Był, to rower Jego synka, który zginął jadąc na nim. Najechał na niego samochód. Widok zmiażdżonego roweru zapamiętam na długo, tylko nie wiem, czy był to dobry pomysł, żeby nam ten rower pokazywać. Odechciało nam się jazdy, ale wyboru nie było. Przez Trąbki Wielkie i Straszyn dotarliśmy do Gdańska- ruch był spory. Troszkę pobłądziliśmy w samym mieście, ale udało się dotrzeć nad morze. Nowe ścieżki są świetne- szerokie, równe i mają niskie krawężniki, całkowite przeciwieństwo tych rzeszowskich. Na molo i plaży sesja fotograficzna i ruszyliśmy do centrum miasta. Foty tu, foty tam i po posiłku ruszyliśmy na dworzec. Czekało nas prawie 9 h w pociągi IC do Krakowa- tam mieliśmy nocować u Krzaka, naszego pomocnika noclegowego. I to koniec długiej i czasami ciężkiej podróży przez Polskę. Teraz tylko trochę przy rowerach trzeba popracować, a Włochaty musi wyleczyć kontuzję. Mimo, że pogoda nas poniewierała, to nie daliśmy się i dążyliśmy do celu. Było warto- kto wie, gdzie wylądujemy w przyszłym roku.

W Gdańsku.© miciu222145

Nareszcie.© miciu222145

Moja pierwsza wizyta nad morzem :)© miciu222145

Pamiątkowa fota.© miciu222145

Radzio też chciał fote.© miciu222145

I na plaży.© miciu222145

Zostawiłem ślad- ale tylko na chwilę.© miciu222145

Byłem tu :D© miciu222145

odwiedziłem też Neptuna.© miciu222145

Zabytkowy Żuraw.© miciu222145

Rowerki w pociągu.© miciu222145

Pociąg jechał dość szybko.© miciu222145
Dystans122.18 km Teren1.00 km Czas06:10 Vśrednia19.81 km/h
Temp.14.0 °C SprzętRadon ZR Litening Custom
Rzeszów-Gdańsk-dzień 5
Kolejny już 5 dzień przywitał nas pochmurną pogodą z silnym wiatrem. Po oglądnięciu Gumisiów, ogarnięciu się i spakowaniu ruszamy dalej. Gnaliśmy pod wiatr po dziurawych drogach przez Mgowo i Wiewiórki do Grudziądza. Postój na jedzonko i ruszamy dalej, bo jest zimno. Wjeżdżamy na kiepską drogę wzdłuż Wisły. Przez Mątawy, Tryl, Nowe i Kamionkę docieramy do autostrady A1. Nadciągają ciemne deszczowe chmury- jedziemy w sam środek. Przebijamy się nad A1 i w Leśnej Jani postój- czekamy, aż przestanie padać. Po chwili ruszamy dalej do Skórczu, co chwilę zatrzymując się to pod drzewem, to na przystanku, by przeczekać deszcz. W Skórczu odwiedzamy bar, by coś przekąsić. Gdy właścicielka dowiaduje się o naszej wyprawie, częstuje nas sokiem za free. Co ciekawe, im dalej jesteśmy od domu, ludzie życzliwiej nas przyjmują. Ruszamy w stronę Starogardu Gdańskiego. Wcześniej robimy postój w Bobowie. Zmoknięci czekamy na przystanku. Ja mam już dość deszczu i ciągłych postojów- w tym tempie nie dojedziemy na nocleg. Podczas gdy siedzimy na przystanku, niektóre samochody ładują się w największą kałużę i oczywiście ochlapują nas całych, jakbyśmy jeszcze za mało byli mokrzy, wkurzyłem się wtedy niesamowicie. Znowu Krzaku wkracza do akcji i załatwia nam nocleg, a my jedziemy dalej, bo przestał o padać- tylko na jak długo? Nawet na długo, bo pojawiło się słońce, więc po kałużach pokręciliśmy dalej do Starogardu. Postój na zakupy i ruszamy dalej na załatwiony nocleg: Kokoszkowy, Trzcińsk, Siwiałka, Godziszewo. Tutaj mieliśmy załatwione spanko w domu nad jeziorem Godziszewskim. Znowu kolacja i spanko- jutro ważny dzień.


Foto by Włochaty^^^^

fot. Włochaty

fot.Włochaty
fot. Włochaty^^^^^^^^^^^
fot. Włochaty
fot. Włochaty.


fot. Włochaty.
Kolejny już 5 dzień przywitał nas pochmurną pogodą z silnym wiatrem. Po oglądnięciu Gumisiów, ogarnięciu się i spakowaniu ruszamy dalej. Gnaliśmy pod wiatr po dziurawych drogach przez Mgowo i Wiewiórki do Grudziądza. Postój na jedzonko i ruszamy dalej, bo jest zimno. Wjeżdżamy na kiepską drogę wzdłuż Wisły. Przez Mątawy, Tryl, Nowe i Kamionkę docieramy do autostrady A1. Nadciągają ciemne deszczowe chmury- jedziemy w sam środek. Przebijamy się nad A1 i w Leśnej Jani postój- czekamy, aż przestanie padać. Po chwili ruszamy dalej do Skórczu, co chwilę zatrzymując się to pod drzewem, to na przystanku, by przeczekać deszcz. W Skórczu odwiedzamy bar, by coś przekąsić. Gdy właścicielka dowiaduje się o naszej wyprawie, częstuje nas sokiem za free. Co ciekawe, im dalej jesteśmy od domu, ludzie życzliwiej nas przyjmują. Ruszamy w stronę Starogardu Gdańskiego. Wcześniej robimy postój w Bobowie. Zmoknięci czekamy na przystanku. Ja mam już dość deszczu i ciągłych postojów- w tym tempie nie dojedziemy na nocleg. Podczas gdy siedzimy na przystanku, niektóre samochody ładują się w największą kałużę i oczywiście ochlapują nas całych, jakbyśmy jeszcze za mało byli mokrzy, wkurzyłem się wtedy niesamowicie. Znowu Krzaku wkracza do akcji i załatwia nam nocleg, a my jedziemy dalej, bo przestał o padać- tylko na jak długo? Nawet na długo, bo pojawiło się słońce, więc po kałużach pokręciliśmy dalej do Starogardu. Postój na zakupy i ruszamy dalej na załatwiony nocleg: Kokoszkowy, Trzcińsk, Siwiałka, Godziszewo. Tutaj mieliśmy załatwione spanko w domu nad jeziorem Godziszewskim. Znowu kolacja i spanko- jutro ważny dzień.

Pomysły były rózne.© miciu222145

Czas ruszać.© miciu222145
Foto by Włochaty^^^^

Bez smaru nie pojedzie- fot. Włochaty.© miciu222145

W tle Grudziądz.© miciu222145

Człowiek-krzak. Fot.Włochaty.© miciu222145

Nad autostradą.© miciu222145

Kolejne województwo.© miciu222145

Kolejny postój.© miciu222145

Nieszczesne Bobowo.© miciu222145

Podjazd do Nowego.© miciu222145

Jez. Godziszewskie.© miciu222145

Spróbujesz?© miciu222145

Nocleg w Godziszewie.© miciu222145
Dystans103.20 km Teren1.00 km Czas05:13 Vśrednia19.78 km/h
SprzętRadon ZR Litening Custom
Rzeszów-Gdańsk- dzień 4.
Dzień 4 rozpoczął się mega kiepsko. W nocy zaczęło padać i przestało dopiero koło 9. Zjedliśmy śniadanie i pograliśmy w państwa- miasta przy muzie z telefonu. Odwiedził nas jeszcze gospodarz, życzył udanej jazdy i udał się do swoich obowiązków. Zebraliśmy się i pomiędzy krówkami dotarliśmy do pobliskiej drogi. Wiatr nie zachęcał do jazdy i strasznie nas zamuliło- ciężko było jechać nawet 20 km/h. Przez Wielgie i Czarne docieramy do Lipna- średnia ledwo ponad 16 km/h. Przez Kikół i Węgiersk docieramy do Golubia-Dobrzynia. Czekamy, aż przestanie padać. Dalej drogą o bardzo dobrej nawierzchni docieramy do Wąbrzeźna przez Niedźwiedź i Wałycz. Pogoda się posypała całkowicie- pada i wieje, do tego Włochatemu rozkręciła się kaseta, ale dało się jechać. Krzaku- znajomy Włochatego załatwia nam nocleg, ale żeby się z Nim skontaktować muszę wyjąć baterię z gps’a bo padła. Zakupy w Lidlu i jest dobra wiadomość- jest nocleg niby 4 km od nas. No to jedziemy w straszliwym deszczu pod wiatr do Jarantowic i skręcamy na Stanisławki. Tam spotykamy miła Panią, która doprowadza nas na domek. W sumie zamiast 4 km wyszło 14 km, ale liczy się, to, że mamy gdzie spać. Domek okazuje się nieźle wyposażony- radio, TV, łazienka. Kolacyja przed TV i ładowanie wszystkiego co się da- tak wyglądał koniec dnia.



Foto by Włochaty^^^^^

Foto by Włochaty^^^^




Foto by Włochaty^^^^

Dzień 4 rozpoczął się mega kiepsko. W nocy zaczęło padać i przestało dopiero koło 9. Zjedliśmy śniadanie i pograliśmy w państwa- miasta przy muzie z telefonu. Odwiedził nas jeszcze gospodarz, życzył udanej jazdy i udał się do swoich obowiązków. Zebraliśmy się i pomiędzy krówkami dotarliśmy do pobliskiej drogi. Wiatr nie zachęcał do jazdy i strasznie nas zamuliło- ciężko było jechać nawet 20 km/h. Przez Wielgie i Czarne docieramy do Lipna- średnia ledwo ponad 16 km/h. Przez Kikół i Węgiersk docieramy do Golubia-Dobrzynia. Czekamy, aż przestanie padać. Dalej drogą o bardzo dobrej nawierzchni docieramy do Wąbrzeźna przez Niedźwiedź i Wałycz. Pogoda się posypała całkowicie- pada i wieje, do tego Włochatemu rozkręciła się kaseta, ale dało się jechać. Krzaku- znajomy Włochatego załatwia nam nocleg, ale żeby się z Nim skontaktować muszę wyjąć baterię z gps’a bo padła. Zakupy w Lidlu i jest dobra wiadomość- jest nocleg niby 4 km od nas. No to jedziemy w straszliwym deszczu pod wiatr do Jarantowic i skręcamy na Stanisławki. Tam spotykamy miła Panią, która doprowadza nas na domek. W sumie zamiast 4 km wyszło 14 km, ale liczy się, to, że mamy gdzie spać. Domek okazuje się nieźle wyposażony- radio, TV, łazienka. Kolacyja przed TV i ładowanie wszystkiego co się da- tak wyglądał koniec dnia.

Tylko wtedy radio działało, ten keczup przejechał całą Polskę :D© miciu222145

Włochaty rozgromiony.© miciu222145

To tak z nudów.© miciu222145
Foto by Włochaty^^^^^

Pogoda kiepska, ale jedziemy dalej.© miciu222145
Foto by Włochaty^^^^

Docieramy na nocleg.© miciu222145

Domek wypasiony.© miciu222145

Więc się rozsiadamy.© miciu222145

Kawałek już przejechaliśmy.© miciu222145
Foto by Włochaty^^^^

Jemy kolację :D© miciu222145

Trzeba też dokręcić kasetę.© miciu222145































