Wpisy archiwalne w kategorii

Słowacja

Dystans całkowity:2914.91 km (w terenie 329.00 km; 11.29%)
Czas w ruchu:146:29
Średnia prędkość:19.90 km/h
Maksymalna prędkość:74.00 km/h
Suma podjazdów:27312 m
Maks. tętno maksymalne:189 (94 %)
Maks. tętno średnie:148 (74 %)
Suma kalorii:51590 kcal
Liczba aktywności:25
Średnio na aktywność:116.60 km i 5h 51m
Więcej statystyk
Dystans77.54 km Teren60.00 km Czas05:49 Vśrednia13.33 km/h
Temp.0.0 °C
19.lipca 2008 roku. Przywitał
Kategoria Słowacja
19.lipca 2008 roku. Przywitał nas pochmurny poranek, jednak wraz z upływem czasu pogoda poprawiała się. Tego dnia ruszyliśmy na południe, a rozpoczęliśmy od wspinaczki na Pri Umretom i m.in. Diel.

Dalej jazdę mieliśmy kontynuować żółtym szlakiem, jednak źle skręciliśmy i gdy już przedarliśmy się przez las

bardzo fajną drogą,

wylądowaliśmy w miejscowości Podhorod, kilka kilometrów od ukraińskiej granicy. Krótka narada

i ruszamy do miasta Chonkovce, a tam musimy przeczekać burzę. Następne na trasie są Baśkovce i prowadząca z nich polna droga, po burzy było bardzo dużo błota

Dalej przez Jasenov

, Remetske Hamre i Potase, cały czas podjazdem do samego Morskiego Oka.

Kilka fotek i ruszyliśmy niebieskim szlakiem. Jednak znowu coś się zmodyfikowało i objechaliśmy jezioro dookoła. Musieliśmy nadłożyć sporo drogi na powrót, aż w końcu szlak się odnalazł.Niestety prowadził ostro pod górę po błotku przez Tri Table do Sninskiego Kamena

. Najgorsze było jeszcze przed nami- nie znaliśmy szlaku, a zaczęło się ściemniać.

W sumie mielismy 3 lampki, co było wynikiem bardzo skromnym, a mielismy jechać w totalnej ciemności i dziczy przez nieznaną ilość kilometrów. Zaczęliśmy jechać, ale przeważnie trzeba było uderzać z buta, a nawet targać rowery na ramieniu. Schodząc ze szczytu (1006) natrafialiśmy co chwilę na półki skalne z których podawaliśmy sobie rowery i powoli schodziliśmy dalej

. W pewnym momencie zrobiło się tragicznie- na naszej drodze pojawiła się kilkumetrowa ściana usłana korzeniami i skałami po których spływała woda. Alpinistami nie jesteśmy, ale daliśmy rade. Powoli zsuwaliśmy rowery, podając je sobie, a później sami zjeżdżaliśmy, by szczęśliwie wylądować na dole. Trzeba było jechać dalej przez nieogarnioną ciemność po kamieniach i błocie- parę glebiszczy się zdarzyło. Tak próbowaliśmy jechać, aż zgubiliśmy szlak. Dotarliśmy do rzeki i trzeba było zawrócić, na szczęście szlak był niedaleko. Jechaliśmy dalej, aż dotarliśmy do znanej nam asfaltowej drogi. Jednak czekał nas zjazd przez kilka kilometrów do Rybnik i Sniny. Było ciemno jak w d…ie, więc cały czas jechaliśmy na zaciśniętych hamplach. Już po chwili zapach palonyh klocków oznajmił nam, że Radek stracił jedyny hamulec, więc Marek pojechał prowadząc ten rower, a Radek i Artur zjechali we dwóch na klątwie- wyglądało to zajepiście. Pierwsze latarnie oznajmiły nam, że docieramy do cywilizacji. Na miejsce dotarliśmy ok. 23. Jeśli to była bajtowa traska, to strach pomyśleć jak wygląda hardkor w wydaniu Chmielika. Szybki prysznic i czekało nas grilowanko- karkówka i boczuś.
Dystans61.00 km Teren35.00 km Czas04:38 Vśrednia13.17 km/h
17. lipca 2008 roku rozpoczęliśmy
Kategoria Słowacja
17. lipca 2008 roku rozpoczęliśmy zaplanowany wypad na Słowację, a dokładnie do miasta Snina. Docelowo były to Bukovske Vrchy i Vihorlat. W wypadzie uczestniczyli: Daniel, Artur, Magda, Marek, Radek, Maciek i Dominik :)
Wyjechaliśmy kilka minut po 6 i po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Szybkie rozlokowanie na kempingu i ruszyliśmy na podbój słowackich szlaków, a wszystko przy upalnej pogodzie- przynajmniej na początku.
Na początek ruszyliśmy asfaltem w stronę Stakcina i Jalovej.

Krótki postój nad jeziorem

i pojechaliśmy podjazdem do miejscowości Prislop i Topola. Trochę zjazdów, podjazdów i dotarliśmy do Runiny. Tutaj po krótkim postoju jechaliśmy w teren. Już pierwszy podjazd uświadomił nam, że łatwo nie będzie- i nie było :D

Wspinaliśmy się przez las niebieskim szlakiem

- przez niecałe 3km wspięliśmy się o 400 m i wylądowaliśmy na Dziurkowcu

,przez który przebiegał czerwony szlak graniczny. Kilka wpisów w zeszycie pozostawionym w skrzynce na szczycie

, uzupełniliśmy zapasy wody w pobliskim źródełku i ruszyliśmy na Okrąglik
- niestety, ale nie pojechaliśmy w stronę trzech granic, a wszystko przez psującą się pogodę, nadchodziła burza. I nadeszła szybko, dopadając nas na pobliskim szczycie. Szybko przedarliśmy się przez łąkę, by wylądować w lesie. Postanowiliśmy się nawet udać w głąb lasu i porzucić nasze maszyny na skraju lasu. Deszcz zaczął padać nieśmiało, by po chwili zamienić się w ulewę- oczywiście o jakimkolwiek schronieniu mogliśmy poważyć, więc pozostało nam moknąć i czekać na koniec burzy.

Im dłużej tak staliśmy, tym bardziej było nam zimno, więc stanęliśmy w kółeczku, by wzajemnie się ogrzać. O godz. 18 pioruny przestały walić w naszą okolicę i postanowiliśmy jechać dalej, mimo padającego wciąż deszczu. Szlak zamienił się w bagno usiane śliskimi kamieniami i korzeniami. Jazda nim to była męka, zarówno na podjazdach jak i zjazdach. Zdecydowaliśmy z Chmielnikiem, że pojedziemy przodem przez Ruske Sedlo do Ruskiego i zorganizujemy jakiś transport.

Wszystko dlatego, że robiło się późno, wszyscy byli zmarznięci, a nie wiedzieliśmy ile jeszcze drogi przed nami. Więc pognaliśmy lasem, serpentynami, którymi płynęły potoki i dotarliśmy do Ruskego. Chmielik pojechał z myśliwym do sniny, a ja z Mackiem poczekałem na resztę ekipy. Wszyscy dotarli, gdy zaczęło się ściemniać. Po 21 przybyła odsiecz w postaci Chmielika. Mimo zmęczenia, poszliśmy spać dość późno, bo po 3 :D I tak minął pierwszy dzień z lajtową traską.
Dystans63.08 km Teren35.00 km Czas03:12 Vśrednia19.71 km/h
Kacwin reaktywacja. <b>Po
Kategoria Słowacja, Spisz
Kacwin reaktywacja.
Po pozytywnych doznaniach czterodniowego pobytu w Kacwinie, postanowiliśmy wrócić i przejechać jeszcze raz trasę z trzeciego dnia. Po godzinie 5 zaczęły się zjeżdżać pierwsze osoby- w sumie przyjechało nas 16 sztuk, część miała już za sobą wypad w tamte rejony, ale większość to „świeżaki”. Po upakowaniu rowerów na przyczepkę w końcu wyruszyliśmy. Po około 4 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Pogoda była aż za dobra. Poprzednio było pochmurno i przechodziły burze, ale dzięki temu mniej męczyliśmy się na tej trudnej trasie. Natomiast dzisiaj słońce bezlitośnie przypiekało z prawie bezchmurnego nieba, do tego było duszno- zapowiadało się trudniej niż ostatnio. Po rozładowaniu naszych maszyn i znalezieniu wszystkich nakrętek od zacisków kół ruszyliśmy przez Kacwin- po drodze zaliczyłem śrubkę w przednie koło :D
W Kacwinie zatrzymaliśmy się przy tamtejszym największym wodospadzie. Za miejscowością wjechaliśmy na polną drogę i już po chwili w tumanach pyłu przekroczyliśmy granicę. Minęło, kilka kilometrów, kilka podjazdów i jedna rzeka, gdy zaczął się asfalt prowadzący nas do miejscowości Wielka Frankowa i Osturna. Krótki postój, uzupełnienie płynów i ruszyliśmy dalej w stronę Zdziarskiej Przełęczy. Droga prowadziła cały czas pod górę, po kilkukilometrowej wspinaczce dotarliśmy na szczyt- 1125m. Teraz czekał nas asfaltowy zjazd do miejscowości Podspady. Z prędkością ok. 60 km/h zjeżdżało się bosko, choć zaliczenie sporej dziury było co najmniej lekkomyślne- mimo tego, nic złego się nie stało. Krótki odpoczynek i ruszyliśmy w stronę granicy. Po jej przejechaniu kierowaliśmy się na Rzepiska. Tam czekał nas stromy podjazd/podejście. Na szczycie dopadła nas burza, na szczęście byliśmy obok ośrodka duszpasterskiego i tam też schroniliśmy się. Deszcz po kilku minutach ustał i pojechaliśmy dalej przez Łapszankę, Łapsze Niżne/Wyżne. Czekała nas przeprawa przez las- jak się okazało, błotka w nim nie brakowało. W końcu dotarliśmy do długo oczekiwanego zjazdu- kilka kilometrów po kamieniach dało nam w kość i dość solidnie sponiewierało, ale przy prędkościach powyżej 60 km/h, to nic dziwnego. Ja z Włochatym musieliśmy się ratować przed przepastnym rowem, Chmielik zaś próbował okiełznać maszynę na pobliskim zakręcie- skutecznie jak się później okazało. Dojechaliśmy do Niedzicy i zaczęliśmy upychać nasze rowery do przyczepki. Gdy już zapakowaliśmy się do busa rozpętała się burza, która od pewnego czasu za nami podążała. Jeszcze tylko krótka wizyta w sklepach po słowackiej stronie i ruszyliśmy w długą podróż do Rzeszowa.


Rano jeździłem na Zalewem, więc ok. 8 km jest zrobionych po Rzeszowie.
Za dużo zdjęć do wklejania, więc podaje linki do albumów
1
2
3
FILM
Dystans53.44 km Teren25.00 km Czas03:41 Vśrednia14.51 km/h
<b>Pogodowa powtórka dnia wczorajszego.
Kategoria Słowacja
Pogodowa powtórka dnia wczorajszego. Z rana zakleiłem dętkę i pojechaliśmy na trasę, ale tym razem tylko w 7 osób. Maciek i Jacek musieli w piątek wrócić do Rzeszowa, a szkoda, bo tą trasę zapamiętamy na bardzo długo. Już po wyjechaniu z Kacwina zaczął się teren. Droga prowadziła wzdłuż potoku Kacwin w stronę granicy państwa. Na naszej drodze znalazła się rzeka, którą Artur i Dawid pokonali na rowerach, reszta grzecznie maszerowała przez chybotliwą kładkę. Dalej czekała na nas Wielka frankowa i Osturnia. Tutaj znowu dopadła nas ulewa, przed którą zdążyliśmy Si schronić w przydrożnej szopie, która i tak dość poważnie przeciekała :D Po deszczu czekała nas błotna przeprawa w terenie, jednak początek nie zapowiadał tego co się będzie działo później. Znowu mieliśmy nieplanowany postój, czyli schronienie się przed deszczem, a nasza kryjówka była pod mostem  Następna na naszej Tarsie była Zdziarska Przełęcz. Tutaj błoto przybrało formę głębokiej brei, w której kapieli zaznała Magda. Oprócz błota, praktycznie cały czas dołował nas baaaardzo długi podjazd. Na jego szczycie ukazała się naszym oczom piękna panorama Tatr. Znowu nastąpiło intensywne focenie i kolejny podjazd na najwyższy szczyt naszej wyprawy, który znajdował się na wysokości 1125m n.p.m. Na górze panowała prawie zima: resztki śniegu i bardzo niska temperatura. Ku naszej uciesze, czekał nas zjazd do miejscowości podspady i znowu postój na obiadek. Następnie pojechaliśmy w stronę granicy i Jurgowa. Wjechaliśmy na niebieski szlak, który i tak później zgubiliśmy, ale sam szlak był genialny. Był to kilkukilometrowy zjazd, z prędkością ok. 50 km/h, choć czasem nie dało się jechać szybciej jak kilka km/h. Dotarliśmy do miejscowości Rzepińska, gdzie usłyszeliśmy o odbywającym się tam festynie, już po chwili gnaliśmy pod górę, by wylądować na imprezie z przepiękną panoramą gór. Chwilkę posłuchaliśmy góralskich przyśpiewek i ruszyliśmy dalej w stronę Przełęczy nad Łapszanką-Łapszanki-Łapszy Wyżnych/Niżnych-Niedzicy-Kacwina. Tego wieczoru rządziła karkówka z grilla. Poszliśmy nawet na jakąś imprezę w remizie :D, ale tylko Marek z Magdą zaczaili klimat i zostali tam chwilkę. Była to nasza ostatnia noc w tym miejscu, rano czekał na powrót do Rzeszowa.

Można i tak


Im wyżej, tym zimniej

Szczyt zdobyty


Takie tam błotko
Dystans60.50 km Teren40.00 km Czas04:42 Vśrednia12.87 km/h
Dzisiaj to dopiero jest zimno-słonko
Kategoria Słowacja
Dzisiaj to dopiero jest zimno-słonko niemrawo wygląda zza chmur, do tego potwornie wieje, a cała akcja rozpoczyna się w Słowackich Hrabusicach. Po imprezowej nocy, nie miałem siły iść, ale na rower wsiadłem- grzechem byłoby przepuścić taką traskę:
Podlesok-Sucha Bela-Mała Polana-Strateńska Pila-Stratena-Krivan-Klasztorisko-Podlesok. Dopiero ok. 30 km poczułem się lepiej, ale jazda w tym stanie po górach, to była masakra-jednak nie żałuję podjętego wysiłku. Tereny Słowackiego Raju są wybitnie zajebiste, strome podjazdy i wielkie kamylce na zjazdach, a wszystko okraszone pięknymi widokami. I tym oto sposobem zrealizowałem plan na ten rok- 10 000 przejechane, a stuknęło właśnie na tym wyjeździe. Ale kręcić trzeba nadal, kolejne tysiące czekają.

Fotka by Magda

Fotka by Magda





kilka fotek z niedzielnego łażenia



© 2017 Exsom Group, LLC. All Rights Reserved. Terms of Service · Privacy Policy · DMCA · System Status