Dystans98.86 km Czas04:56 Vśrednia20.04 km/h VMAX43.00 km/h Podjazdy300 m
Kalorie 2000 kcal Temp.15.0 °C
Dzień 14. Bukareszt i Lwów i do Polski.
Ten dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo o 4. O 5:30 byliśmy już na dworcu i szukaliśmy naszego pociągu. Gdy się znalazł, okazało się, że jedzie z Moskwy, nie wróżyło to niczego dobrego. Na wstępie, "opiekunka" naszego wagonu stwierdza, że z rowerami absolutnie nie pojedziemy i są zaskoczeni, że Polacy nie rozumieją po rosyjsku- nadal żyją w swoim świecie. Gdy zaproponowaliśmy łapówkę za przewóz rowerów, nagle zdanie zmieniła, ale rowery muszą być rozkręcone. Poszło sprawnie, a dla Radzia znalazłem schowek pod sufitem. Gościu, który w sumie nie wiadomo kim był, pomógł chłopakom z rowerami i przywiązali je w przedsionku do zamkniętych drzwi.
Udało się, jeszcze tylko schować bagaże i można słać łóżka. W przedziale mieliśmy spoko Białorusina, z którym trochę pogadaliśmy. Podróż wyglądała jakbym był chory: jeść, spać, jeść, spać, jeść, spać. Na granicy z Ukrainą kontrola miłych i ładnych Pań z ukraińskiej straży granicznej. Ponad 3 godziny postoju- zmiana kół w wagonach, coś niesamowitego :D Z szerokich torów trzeba wjechać na tory europejskie. Jedziemy dalej- przed północą meldujemy się w Lwowie. Jazda nocą po Ukrainie- pora na sport ekstremalny. Na jednych ze świateł zagapiliśmy się i wjechaliśmy wszyscy w pierwszego. Obok stał radiowóz- padło pytanie" Jak wy jeździcie?" Zwaliliśmy winę na zmęczenie- faktycznie, po wyprawie i 18 h w pociągu, wypoczęci nie byliśmy. Nagle pojawia się zgraja rowerzystów- o północy zaczęli obchody Ich święta. Wbijamy między nich i wygląda to co najmniej dziwnie. Rozmawiamy ze spotkaną Polką i jest w szoku, że tyle przejechaliśmy. Rozdzielamy się i jedziemy dalej- kierowcy bardzo fajnie się zachowują i jest dobrze. Jedynie Polak miał jakiś problem. Na zjeździe wpadamy w taką dziurę, że prawie spadłem z roweru. Jakieś 30 km przed granicą zaczyna padać, dramat. Jadę strasznie wkurzony. Dojeżdżamy do wypadku- dwa samochody na polskich blachach i jeden miejscowy zatrzymały się na gigantycznym jeleniu- słabo to wyglądało. Ciekawostka- wszystkie radiowozy jakie widzieliśmy, to nowe Priusy. Nareszcie granica- przemoczeni, zziębnięci, a polskie służby przeszukują nas jakbyśmy wwozili cholera wie co. Wkurw jeszcze większy. Jest i Przemyśl- na dworcu myślałem, że zamarznę. Jeden pociąg o 5:32- Grzechu jedzie do Lublina. 4 minuty później pociąg do Rzeszowa. Czekamy dość długo, więc podczepia się do Nas koleś z Rzeszowa. Gada i gada, ledwo mogę go słuchać. Pociąg- szaleństwo. Nowiusieńki skład na wypasie- rowerki podróżują na wieszakach. Po ponad 2 godzinach wita nas mój Rzeszów. Dalej pada i jest zimno. Od końca wyprawy dzieli nas ok. 3 km. Jest i domek, nadszedł więc czas na pożegnanie i powrót do codzienności. Wyjazd mocno udany, Towarzystwo wyborne, ale Rumunię już chyba przedawkowałem. Miałem już dość kierowców, psów, rozkładających się zwłok tychże i tych dramatycznych dróg. Cieszę się, że zaliczyłem Transfogarską, być może już nigdy tam nie wrócę, a wspomnienia pozostaną. Od ostatniej wizyty 2 lata temu, ceny mocno poszły do góry i jest drożej jak w Polsce. Tym razem nie miałem żadnej obcej waluty, no może 20 ojro na Słowację. Wypłaty w bankomatach i płatności kartą kosztowały mnie 20 zł, czyli tyle co nic. Sporo wyniósł nas pociąg, ale tutaj nie mieliśmy za dużego wyboru- trudno, raz w życiu mogę się przejechać ruskim pociągiem, jak na swoje lata, to był w nienagannym stanie. Dzięki Chłopaki za wspólne kręcenie, bez Was wyjazd byłby, no właśnie, nie byłby taki zajebisty.
Garmin zmienił sobie czas i podzielił ślad. Przed granicą padły baterie, ale już nie miałem ochoty na ich zmianę, bo nie miałem pojęcia, gdzie mam zapas.

Schował się.

Będziemy wysiadać.

Polskie luksusy.
Udało się, jeszcze tylko schować bagaże i można słać łóżka. W przedziale mieliśmy spoko Białorusina, z którym trochę pogadaliśmy. Podróż wyglądała jakbym był chory: jeść, spać, jeść, spać, jeść, spać. Na granicy z Ukrainą kontrola miłych i ładnych Pań z ukraińskiej straży granicznej. Ponad 3 godziny postoju- zmiana kół w wagonach, coś niesamowitego :D Z szerokich torów trzeba wjechać na tory europejskie. Jedziemy dalej- przed północą meldujemy się w Lwowie. Jazda nocą po Ukrainie- pora na sport ekstremalny. Na jednych ze świateł zagapiliśmy się i wjechaliśmy wszyscy w pierwszego. Obok stał radiowóz- padło pytanie" Jak wy jeździcie?" Zwaliliśmy winę na zmęczenie- faktycznie, po wyprawie i 18 h w pociągu, wypoczęci nie byliśmy. Nagle pojawia się zgraja rowerzystów- o północy zaczęli obchody Ich święta. Wbijamy między nich i wygląda to co najmniej dziwnie. Rozmawiamy ze spotkaną Polką i jest w szoku, że tyle przejechaliśmy. Rozdzielamy się i jedziemy dalej- kierowcy bardzo fajnie się zachowują i jest dobrze. Jedynie Polak miał jakiś problem. Na zjeździe wpadamy w taką dziurę, że prawie spadłem z roweru. Jakieś 30 km przed granicą zaczyna padać, dramat. Jadę strasznie wkurzony. Dojeżdżamy do wypadku- dwa samochody na polskich blachach i jeden miejscowy zatrzymały się na gigantycznym jeleniu- słabo to wyglądało. Ciekawostka- wszystkie radiowozy jakie widzieliśmy, to nowe Priusy. Nareszcie granica- przemoczeni, zziębnięci, a polskie służby przeszukują nas jakbyśmy wwozili cholera wie co. Wkurw jeszcze większy. Jest i Przemyśl- na dworcu myślałem, że zamarznę. Jeden pociąg o 5:32- Grzechu jedzie do Lublina. 4 minuty później pociąg do Rzeszowa. Czekamy dość długo, więc podczepia się do Nas koleś z Rzeszowa. Gada i gada, ledwo mogę go słuchać. Pociąg- szaleństwo. Nowiusieńki skład na wypasie- rowerki podróżują na wieszakach. Po ponad 2 godzinach wita nas mój Rzeszów. Dalej pada i jest zimno. Od końca wyprawy dzieli nas ok. 3 km. Jest i domek, nadszedł więc czas na pożegnanie i powrót do codzienności. Wyjazd mocno udany, Towarzystwo wyborne, ale Rumunię już chyba przedawkowałem. Miałem już dość kierowców, psów, rozkładających się zwłok tychże i tych dramatycznych dróg. Cieszę się, że zaliczyłem Transfogarską, być może już nigdy tam nie wrócę, a wspomnienia pozostaną. Od ostatniej wizyty 2 lata temu, ceny mocno poszły do góry i jest drożej jak w Polsce. Tym razem nie miałem żadnej obcej waluty, no może 20 ojro na Słowację. Wypłaty w bankomatach i płatności kartą kosztowały mnie 20 zł, czyli tyle co nic. Sporo wyniósł nas pociąg, ale tutaj nie mieliśmy za dużego wyboru- trudno, raz w życiu mogę się przejechać ruskim pociągiem, jak na swoje lata, to był w nienagannym stanie. Dzięki Chłopaki za wspólne kręcenie, bez Was wyjazd byłby, no właśnie, nie byłby taki zajebisty.
Garmin zmienił sobie czas i podzielił ślad. Przed granicą padły baterie, ale już nie miałem ochoty na ich zmianę, bo nie miałem pojęcia, gdzie mam zapas.

Schował się.

Będziemy wysiadać.

Polskie luksusy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!
Komentarze